niedziela, 2 lutego 2014

Nowy blog



Zacznę od krótkiego wyjaśnienia. Wróciłam do pisania bloga, tylko że tym razem tutaj, a nie jak przedtem na blogu pewnej Kancelarii prawnej. Skąd ta zmiana? Przede wszystkim stąd, że już z kancelarią nie współpracuję. Mimo to uznałam, że zostało jeszcze wiele kwestii do wyjaśnienia, tyle że teraz zamierzam je wyjaśniać na własnym blogu i całkowicie niekomerycjnie. ;)

Obejrzałam sobie dziś ostatni, najnowszy odcinek serialu "Prawo Agaty", a konkretnie ten odcinek o zasiedzeniu i kłopotach z in vitro. Zasadniczo kwestia in vitro była średnio zajmująca, za to zasiedzenie dużo bardziej i faktycznie chciałam już kiedyś o tym wspomnieć, a jak wiemy na pewne sprawy nigdy nie jest za późno. Moje refleksje po tym odcinku sprowadzają sie do tego, że może wcześniej autorzy serialu nie mieli najlepszego konsultanta prawnego, ale ostatnimi czasy chyba całkowicie go ukatrupili. (wiem, że ukatrupienie nie jest pojęciem pochodzącym z języka prawnego, ani prawniczego). Skąd ta refleksja? Odcinek dotyczył zasiedzenia, a powiedziano w nim tyle bzdur, że zamiast je po kolei prostować, co byłoby dość trudne, po prostu opiszę krótko czym zasiedzenie jest i co warto o nim wiedzieć. Sięgnąć trzeba do kodeksu cywilnego, gdzie znajdziemy taki przepis:

Art. 172. § 1. Posiadacz nieruchomości nie będący jej właścicielem nabywa własność, jeżeli posiada nieruchomość nieprzerwanie od lat dwudziestu jako posiadacz samoistny, chyba że uzyskał posiadanie w złej wierze (zasiedzenie).
§ 2. Po upływie lat trzydziestu posiadacz nieruchomości nabywa jej własność, choćby uzyskał posiadanie w złej wierze.

Zaraz nasunąć się może wiele pytań na temat tego kto to jest ten posiadacz, co to znaczy że jest on samoistny, o co chodzi z tą dobrą i zła wiarą? itd. itp.

Generalnie zasiedzieć można prawa na ruchomościach i nieruchomościach, ale skupimy się dziś głównie na nieruchomościach, a konkretnie na prawie własności nieruchomości. Nieruchomością jest np. grunt, czyli po prostu kawałek ziemi. Wyobraźmy sobie sytuację, że jest taki właśnie kawałek ziemi, który znajduje się w pewnej wsi, nazwijmy ją Mała Wieś. Ogólnie wiadomo, że ziemia ta była kiedyś własnością rodziny Kowalskich,  jednak rodzina ta wiele lat temu opuściła Małą Wieś i nie wiadomo co się z nimi obecnie dzieje. W tym czasie ziemia leżała odłogiem i ogólnie nikt się nią latami nie interesował. Po jakimś czasie ziemią zainteresował się jednak pan Nowak, który miał obok swoje gospodarstwo i pomyślał, że fajnie byłoby je powiększyć. Co robi pan Nowak? Pan Nowak po prostu zaczyna uprawiać ziemię, która dawno temu należała (a właściwie teoretycznie ciągle należy) do Kowalskich. Nawozi, podlewa, sadzi, zbiera plony itd. Zachowuje się jak kto? Zachowuje się jak właściciel. Oczywiście wiadomo, że czasem ludzie uprawiają nieswoją ziemię, np ziemię, którą dzierżawią od kogoś, ale tutaj właśnie możemy dostrzec, czym się różni posiadacz samoistny od niesamoistnego. Posiadacz samoistny, czyli np. nasz pan Nowak nie wywodzi swojego prawa od nikogo. Jego zdaniem ziemia była nieuprawiana, więc była właściwie niczyja i postanowił ją przejąć. Z kolei taki dzierżawca doskonale wie, że ziemia nie jest jego, płaci wydzierżawiającemu czynsz i generalnie od niego wywodzi swoje prawo do jej uprawiania. Ale wróćmy do pana Nowaka. Latami uprawia tę ziemię, nie płaci nikomu czynszu i generalnie czuje się właścicielem. Czy właścicielem się stanie, a jeśli tak to kiedy? W odpowiedzi na te pytania tkwi właśnie istota zasiedzenia. 

Ogólnie zasiedzenie, czyli nabycie własności nastąpić może po 20 albo po 30 latach takiego samoistnego posiadania w zależności od tego, czy taki posiadacz pozostawał w złej, czy też w dobrej wierze. Tylko na czym polega różnica? Chodzi o to, że zgodnie z utrwalonym poglądem dobra wiara polega na usprawiedliwionym w danych okolicznościach przekonaniu posiadacza, że przysługuje mu prawo własności. Wróćmy więc znowu do pana Nowaka. Pan Nowak uprawiając ziemię wie i pamięta, że tak naprawdę jej  właścicielami była rodzina Kowalskich. W przypadku pana Nowaka mamy więc do czynienia ze złą wiarą. Nie chodzi wcale o to, że pan Nowak ma jakieś złe zamiary, jest złym człowiekiem, czy coś w tym stylu, a jedynie o to, że w tej konkretnej sytuacji wie on, że właścicielem faktycznie nie jest, ale z powodu wieloletniego uprawiania ziemi zamierza się nim stać. Oznacza to, że nabędzie on prawo własności poprzez zasiedzenie dopiero po 30 latach od objęcia ziemi w posiadanie (czyli od momentu, gdy zaczął ją uprawiać). Czy pan Nowak nabędzie ziemię samoistnie, tylko dlatego, ze upłynął termin, czy też prawo własności musi przyznać mu sąd? Otóż nabycie własności nastanie z mocy prawa z upływem 30 lat, ale pan Nowak powinien zwrócić się do sądu o "stwierdzenie zasiedzenia". Co to znaczy? To znaczy, że sąd wyda postanowienie, w którym potwierdzi po prostu, że zasiedzenie miało miejsce i dzięki temu pan Nowak będzie mógł założyć księgę wieczystą i wpisać do niej siebie jako właściciela danej nieruchomości. Oczywiście to pan Nowak będzie musiał przed sądem udowodnić, że zasiedzenie miało miejsce. Co może być w danej sytuacji dowodem? Np. zeznania świadków, którzy potwierdzą, że faktycznie od 30 lat włada ziemią jak właściciel

Jakie były zatem błędy scenarzystów w obejrzanym przeze mnie odcinku? Zasadniczo najistotniejsze fakty zostały widzom bardzo mętnie podane. W pewnym momencie jest mowa o tym, że sprawa o zasiedzenie miała juz miejsce 10 lat temu i wtedy bohaterowie wpisali siebie do księgi wieczystej. Zatem mamy tutaj do czynienia z prawomocnym orzeczeniem i jakakolwiek jego zmiana byłaby możliwa tylko w przypadku wznowienia tamtego postępowania. Zasadniczo na wznowienie postępowania mamy 5 lat od momentu uprawomocnienia orzeczenia, chyba że strona nie była należycie reprezentowana lub była pozbawiona możności działania. Z kolei w serialu pokazano coś takiego, że tamto postanowienie i wpis do księgi wieczystej w ogóle już się nie liczą i bohaterowie nagle dowiadują się, że mają 3 miesiące na opuszczenie nieruchomości oraz muszą znowu udowadniać, że na chwilę obecną mają to zasiedzenie. Jak jeszcze włączono w to wszystko dzieci i pokazano, że bohaterowie wygrali sprawę, ponieważ w sądzie zeznali, ze bardzo się lubią (tak!), to zaczęłam wątpić w autorów scenariusza. Żeby nie było jest oczywiście w kodeksie cywilnym przepis, który pozwala na doliczenie czasu posiadania poprzednika, ale znajduje on zastosowanie w innych sytuacjach niż ta przedstawiona w filmie. Właściwie błędy scenarzystów najbardziej dotyczą tutaj kwestii prawomocności orzeczeń, co moim zdaniem stanowić może przyczynek do napisania kolejnego posta.

Ogólnie kwestie związane z zasiedzeniem są trudne i nie widzę potrzeby by dodatkowo robić ludziom wodę z mózgu, że się tak nieprawniczo wyrażę.

O rzeczach zagubionych i o tym, czy można znaleźć testament



Czytam sobie ostatnio Kodeks Cywilny (czasem naprawdę warto czytać kodeksy, żeby nie zapomnieć niektórych przepisów) i dziś dotarłam do przepisów o znalezieniu rzeczy. Dlatego też teraz kilka słów o tym jak wygląda sytuacja prawna znalazcy. Zasadniczo jeśli znajdziemy jakąś rzecz, o której sądzimy, iż została przez kogoś zgubiona, to powinniśmy niezwłocznie zawiadomić o tym właściciela rzeczy. Zazwyczaj jednak trudno to ustalić i wtedy też powinniśmy oddać rzecz odpowiedniemu organowi państwowemu. Tym organem jest starosta, jednak w przypadku miast na prawach powiatu (takim miastem jest np. Sosnowiec) kompetencje starosty przejmuje prezydent miasta. Dlatego też jeśli znajdziemy coś na terenie Sosnowca, to powinniśmy udać się do Urzędu Miejskiego, gdzie działa Biuro Rzeczy Znalezionych. Dzięki tej stronie dowiemy się jakie rzeczy zostały ostatnio znalezione w naszym mieście. Być może któraś z nich należy do Państwa?

Oczywiście w tym miejscu wielu osobom może przyjść do głowy pytanie dotyczące tego, co znalazca będzie z tego miał. Odpowiedź również znajdziemy w Kodeksie Cywilnym.  Zgodnie z art. 186 Znalazca, który uczynił zadość swoim obowiązkom, może żądać znaleźnego w wysokości jednej dziesiątej wartości rzeczy, jeżeli zgłosił swe roszczenie najpóźniej w chwili wydania rzeczy osobie uprawnionej do odbioru. Dlatego też jeśli znajdziemy np. portfel, w którym znajduje się 1000 zł i zwrócimy go właścicielowi, to mamy prawo żądać wydania nam kwoty 100 zł. Jest to tak zwane znaleźne.

Na koniec jak zwykle przedstawię jeszcze ciekawe orzeczenie Sądu Najwyższego, które dotyczy tego zagadnienia.  Mianowicie sprawa dotyczyła tego, iż pewna pani znalazła testament i jako znaleźnego zażądała od spadkobiercy 1/10 wartości spadku. 

Okoliczności znalezienia testamentu były takie, że spadkodawca pan Józef B. zmarł w Londynie, gdzie pozostawił po sobie mieszkanie. Spadkobiercą Józefa B. miał być jego brat Wacław B., który posiadał stosowny testament, zgodnie z którym Józef B. zapisał mu cały spadek. Wacław B. wynajął więc adwokata, czyli panią Marę W-W po to, aby udała się do Londynu i uporządkowała mieszkanie po zmarłym. Pani Maria podczas porządkowania mieszkania znalazła nowszy testament zostawiony tam przez spadkobiercę, który powoływał w nim do spadku już nie Wacława B., tylko swojego bratanka Antoniego B. Generalnie zasada jest taka, że jeśli spadkobierca sporządził kilka testamentów, to liczy się testament najnowszy, dlatego spadkobiercą po Józefie B. ostatecznie został Antoni B. Co w tej sytuacji zrobiła pani adwokat? Oczywiście zawiadomiła Antoniego B. o testamencie, następnie została jego pełnomocnikiem, a na końcu pozwała go do wypłatę znaleźnego, czyli 1/10 wartości majątku spadkowego. Ta 1/10 to była kwota niebylejaka, bo aż 107 916,89 zł. Sprawa przeszła przez dwie instancje, a w końcu trafiła do Sądu Najwyższego. Ostatecznie pani adwokat sprawę przegrała. Sąd Najwyższy wypowiedział się jasno na temat tego, że testament nie może być uznany za rzecz znalezioną, ponieważ testament w ogóle nie jest rzeczą. Dodatkowo SN stwierdził, iż nie doszło przecież do zgubienia testamentu, ponieważ cały czas znajdował się on w mieszkaniu spadkodawcy. Na koniec SN zwrócił jeszcze uwagę na treść art.  646 Kodeksu Postępowania Cywilnego, zgodnie z którym Osoba, u której znajduje się testament, jest obowiązana złożyć go w sądzie spadku, gdy dowie się o śmierci spadkodawcy, chyba że złożyła go u notariusza. Sąd Najwyższy przypomniał, że ten przepis zawiera normę adresowaną do wszystkich obywateli i innych podmiotów, które znajdą się w posiadaniu testamentu, co oznacza, że każda osoba, u której taki testament się znajdzie ma  obowiązek złożenia go sądowi spadku. Nie ma wówczas mowy o żadnym znaleźnym.

Sąd też się myli, czyli o prostowaniu omyłek



Miałam ostatnio w kancelarii kilku klientów, którzy pokazywali mi postanowienia, w których Sądy umieszczały rzeczy ...dziwne. Zdarza się czasem, że sekretarz w pośpiechu przygotowuje sentencję albo zwyczajnie sędzia czegoś nie dopatrzy i mamy wyrok (lub postanowienie) z błędem. Jakim błędem? Np. gdybym wniosła do Sądu pozew w swoim imieniu i podczas całej sprawy występowała jako Sylwia Chrzan (bo tak w sumie się nazywam), a w końcowym rozstrzygnięciu Sąd stwierdziłby, że zasądza od pozwanego na rzecz powoda Sylwii Chżan. Czyli wszyscy wiedzą, że ja to ja, nie ma żadnych wątpliwości i jest to tak zwana oczywista omyłka pisarska. Wiadomo, że nikt nie chce mieć wyroku z błędem we własnym nazwisku. Oczywiście ta kwestia dotyczy nie tylko błędów pisarskich, ale też na przykład rachunkowych i wszelkich innych niedokładności, które są oczywiste. Co zrobić w takiej sytuacji? Zasadniczo zazwyczaj nie jest szczególnie trudno to poprawić. Należy wystąpić do Sądu z pismem, w którym wskażemy omyłkę oraz sposób jej poprawienia. Jeśli Sąd uzna, że faktycznie taka omyłka zaszła, to wyda postanowienie o sprostowaniu, a także uczyni wzmiankę na oryginale wyroku. Sąd w takiej sytuacji nie wydaje bowiem żadnego nowego wyroku w sprawie, nie zmienia też orzeczenia, tylko prostuje omyłkę, którą każdy by dostrzegł. Nie ma żadnego terminu do złożenia takiego wniosku, ponieważ orzeczenie może być sprostowane w każdym czasie.

Często jednak omyłki nie są takie do końca oczywiste. Przykładowo czytając orzecznictwo dotyczące tych przepisów natrafiłam na ciekawy wyrok Sądu Najwyższego, gdzie całe postępowanie to było pomieszanie z poplątaniem, jeśli chodzi o oznaczenie strony. Mianowicie powódka była nauczycielką. Pracowała w szkole podstawowej, która potem została zlikwidowana. Powódka miała w stosunku do tej szkoły roszczenia pieniężne, ale ponieważ szkoła nie istniała, to jako pozwanego w pozwie wskazała wójta gminy R. (skrót nazwy gminy w której znajdowała się szkoła - w programie LEX nie podaje się całych nazw miejscowości w takich sytuacjach). Podczas procesu sędzia różnie nazywał stronę. W niektórych zarządzeniach i protokołach  z rozpraw stroną był "wójt gminy R.", kiedy indziej "Gmina R.", a czasem "Urząd gminy R.". Strony również nie do końca się orientowały, ponieważ np. na rozprawie pełnomocnik powódki oświadczył, że stroną jest "Urząd gminy R.", a na kolejnej rozprawie ten sam pełnomocnik stwierdził, ze stroną jest "Gmina R." Sąd I instancji wydał wyrok, w którym oddalił powództwo nauczycielki, a stroną w wyroku była Gmina R. Na skutek apelacji nauczycielki sprawą zajął się Sąd Okręgowy, który wyrok uchylił i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania Sądowi I instancji. Sąd I instancji nie wiadomo dlaczego wydał nowy wyrok w którym jako strona pozwana tym razem wskazany został...Urząd gminy R. Wówczas apelację od tego wyroku wniosła gmina R., a Sąd Okręgowy ją odrzucił, ponieważ stwierdził, że skoro w wyroku stroną był urząd, to gmina jest innym podmiotem i nie może występować z apelacją. (apelację może bowiem złożyć tylko strona). Gmina chciała sprostowania wyroku, ponieważ uważała, że od początku to ona była stroną i tylko omyłkowo do wyroku wpisano urząd gminy. Sprawa trafiła w końcu do Sądu Najwyższego, który uznał, że oczywiście stroną od początku była gmina, bo to gmina przejęła zobowiązania zlikwidowanej szkoły, która była pracodawcą nauczycielki. Oczywistym było, że urząd może występować jako pracodawca tylko w sprawach osób zatrudnionych w tym urzędzie i po prostu nie mógł być stroną w tej sprawie. Sąd Najwyższy uznał, że tylko na skutek niestaranności Sądu I instancji w zaskarżonym wyroku błędnie oznaczono stronę pozwaną, a więc taka oczywista omyłka powinna być sprostowana.

Kilka słów o mobbingu



W dzisiejszym poście postanowiłam napisać kilka słów o mobbingu. Problem ten jest o tyle istotny, że wiele osób czuje się mobbingowanych, jednak nie zawsze udaje im się tego dowieść przed Sądem.

W pierwszej kolejności wyjaśnić trzeba czym w ogóle mobbing jest. W tym celu konieczne jest sięgnięcie do Kodeksu Pracy, zgodnie z którym mobbing oznacza działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników.

Co wynika z tej definicji? Na początek pierwsza i najbardziej oczywista uwaga - mobbing to działania, które dotyczą pracownika. Dlaczego to podkreślam? Między innymi dlatego, że miałam raz klientkę, która twierdziła, ze jest mobbingowana przez bank, w którym miała kredyt. Wiele osób kojarzy bowiem mobbing z różnego rodzaju złym traktowaniem, a trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że występuje on tylko w stosunku pracy. 

Ponadto, co istotne działanie takie musi być uporczywe i długotrwałe. Chodzi o to, że za mobbing nie można uznać jakiegoś jednorazowego wydarzenia. Działania skierowane przeciwko pracownikowi muszą trwać dłużej. Kodeks Pracy nie definiuje oczywiście długotrwałości działania, dlatego każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie.

W dalszej kolejności w przepisie mowa jest o tym, że mobbing polega na nękaniu lub zastraszaniu. Mobbing powoduje poczucie obniżenia przydatności zawodowej, pracownik czuje się poniżony lub ośmieszony. Mobbing często ma na celu izolowanie lub wyeliminowanie pracownika z zespołu. Oczywiście te fakty muszą zostać przez pracownika udowodnione. Zazwyczaj właśnie w kwestiach dowodowych tkwi największy problem. Dzieje się tak dlatego, że osoby aktualnie pracujące w zakładzie pracy w którym dochodziło do mobbingu bardzo niechętnie zostają świadkami, a w obawie przed utratą pracy składają czasem fałszywe zeznania.

Dlatego też przed wystąpieniem na drogę sądową warto uzyskać poradę na temat tego, czy konkretna sytuacja w ogóle może być uznana za mobbing. Konieczne jest również zebranie dowodów. Warto zapytać pracowników, czy będą chcieli zeznawać na naszą korzyść. Świadków znaleźć można również wśród byłych pracowników. Takie osoby są zazwyczaj bardziej chętne do składania zeznań. Oczywiście powoływać się można również na inne dowody, np korespondencję mailową bądź nagrania. Od Sądu będzie zależało, czy te dowody dopuści. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z faktu, ze takie sprawy są bardzo trudne do wygrania. 

Ostatnie i najważniejsze pytanie, czyli co można zyskać? Jeśli mobbing wywoła u nas rozstrój zdrowia, to uzyskać możemy zadośćuczynienie. Jeśli rozwiążemy umowę o pracę, a przyczyną tego rozwiązania będzie mobbing, to możemy również domagać się odszkodowania. Oprócz tego Sąd Najwyższy stwierdził również, że także osoby, które nie rozwiązały umowy o pracę z powodu mobbingu mogą domagać się odszkodowania na podstawie przepisów Kodeksu Cywilnego.

Jak sprawdzić, czy przyszły pracodawca nam zapłaci - Praktyczny Poradnik




Jednymi z najczęstszych spraw, z którymi zgłaszają się po porady prawne pracownicy są trudności z uzyskaniem od pracodawcy wynagrodzenia za pracę bądź innych świadczeń. Problemy te dotyczą oczywiście nie tylko pracowników, ale także zleceniobiorców, a także wykonawców dzieła. Zazwyczaj ludzie przychodzą po pomoc dopiero wtedy, gdy pracodawca im faktycznie nie zapłacił, istnieją jednak pewne sposoby, by już przed nawiązaniem współpracy sprawdzić, czy w przyszłości mogą wystąpić trudności z uzyskaniem pieniędzy. Wytłumaczę na przykładzie jak to zrobić.

Jeden z moich znajomych zamierzał nawiązać współpracę z pewną spółką. Jednak przeczytał w internecie negatywne opinie na jej temat, które dotyczyły między innymi tego, że firma ta nie wypłaca pieniędzy swoim pracownikom. Uznałam, że warto sprawdzić ją w Krajowym Rejestrze Sądowym. Oczywiście w tym rejestrze nie znajdziemy informacji na temat osób fizycznych, które prowadzą jednoosobową działalność gospodarczą, a jedynie informacje na temat spółek. W jednym z moich poprzednich postów tłumaczyłam już jak to zrobić, ale na wszelki wypadek przypomnę:
2. U góry zaznaczamy pozycję "przedsiębiorcy"
3. Wpisujemy do tabeli dane, które mamy na temat tej firmy. Wystarczy wpisać np. nr KRS albo NIP
4. Przepisujemy kod z obrazka
5. Klikamy "szukaj"
6. Gdy ukaże nam się wynik wyszukiwania klikamy "wyświetl"
7. Gdy wyświetlą się dane podmiotu schodzimy na dół strony i klikamy "pobierz wydruk"

Po przejściu powyższych kroków zobaczymy dane dotyczące podmiotu, który chcemy sprawdzić. Najbardziej interesuje nas dział IV. Dlaczego?
Ponieważ znajdziemy tam pozycje takie, jak:
Rubryka 1 - Zaległości
Rubryka 2 - Wierzytelności
Rubryka 3 - Informacje o zabezpieczeniu majątku dłużnika w postępowaniu w przedmiocie ogłoszenia upadłości, o oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości z uwagi na fakt, że majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania
Rubryka 4 - Umorzenie prowadzonej przeciwko podmiotowi egzekucji z uwagi na fakt, że z egzekucji nie uzyska się sumy wyższej od kosztów egzekucyjnych

Po przejrzeniu tego działu okazało się, iż spółka, z którą zamierzał nawiązać współpracę mój znajomy ma aż 3 wpisy w Rubryce 4. Oznacza to, że wobec spółki były prowadzone aż 3 postępowania komornicze, które zostały umorzone, ponieważ okazało się, że z egzekucji nie uzyska się sumy wyższej od kosztów egzekucyjnych. Co to dokładnie oznacza dla potencjalnego pracownika? Oczywiście to, że firma nie posiada żadnych aktywów i nawet komornik nic w niej nie znalazł wartościowego. I to aż 3 razy.

Oczywistym jest, ze nawiązywanie współpracy z taką spółką jest bardzo ryzykowne, dlatego też odradzałam to mojemu znajomemu.

Wezwanie do zapłaty - poradnik wierzyciela



W moich ostatnich postach pisałam o sytuacji dłużnika, czyli osoby, która otrzymuje nakaz zapłaty. Jednakże wiem, że czytelnicy są nie tylko dłużnikami, często są również wierzycielami. Wielu osobom wierzyciel kojarzy się z bankiem albo firmą windykacyjną, ale tak naprawdę osoby fizyczne również mają czasem swoich własnych dłużników. Kiedy można stać się wierzycielem? Np. wtedy gdy nie zapłaci nam nasz pracodawca albo zleceniodawca. Niestety są to obecnie często występujące sytuacje. Zdarza się oczywiście, że taki pracodawca bądź zleceniodawca nie ma z czego zapłacić, ponieważ i jemu ktoś jest winien pieniądze, jednak często nie płaci dlatego, że czuje się bezkarny. Zdarza się, że taki dłużnik uważa, że skoro kwota jest niska, to wierzycielowi nie będzie się chciało występować na drogę sądową. Okazuje się jednak, że czasem można łatwo odzyskać swoje pieniądze bez udziału Sądu. Dziś napiszę w jaki sposób to zrobić.

Był u mnie jakiś czas temu Klient, który już ponad rok temu wykonał dzieło dla pewnego zamawiającego. Wynagrodzenie nie było wysokie, bo chodziło w sumie o kilkaset złotych, jednak to, że kwota jest niska nie oznacza przecież, że zamawiający może jej bezkarnie nie zapłacić. Klient nie wiedział jak odzyskać pieniądze, więc zwrócił się do nas. Wytłumaczyłam mu, że oczywiście będzie można wystąpić na drogę sądowa, jednak w pierwszej kolejności powinniśmy sprawdzić, czy dłużnik zapłaci nam dobrowolnie. Jak to najlepiej sprawdzić? Poprzez wysłanie wezwania do zapłaty. 

Wezwaniem do zapłaty określamy pismo, w którym wierzyciel oświadcza dłużnikowi, ze żąda od niego zapłaty jakiejś kwoty wynikającej np. z umowy o dzieło albo umowy zlecenia bądź z jakiegoś jeszcze innego tytułu w terminie np. 7 albo 14 dni. W takim piśmie powinniśmy również zażądać odsetek za zwłokę oraz napisać w jaki sposób dłużnik ma nam zapłacić (np przekazem pocztowym albo poprzez przelew bankowy). W wezwaniu do zapłaty stwierdzamy, że jeśli dłużnik nam nie zapłaci, to zmuszeni będziemy wystąpić na drogę sądową. Takie pismo należy oczywiście wysłać za potwierdzeniem nadania, a najlepiej też odbioru, ponieważ to przyda nam się w razie ewentualnej sprawy sądowej. Możemy je również doręczyć osobiście w siedzibie dłużnika, jednak w takim przypadku powinniśmy otrzymać od niego potwierdzenie wpłynięcia pisma.

Klienci często pytają mnie czy powinni wysłać takie pismo samodzielnie, czy lepiej, żeby zrobiła to kancelaria prawna. Nie ma tutaj reguły. Jeśli wyślemy pismo samodzielnie, to jak najbardziej będzie ono ważne, jednak wydaje się, że dłużnicy często bardziej poważnie traktują pisma wysłane przez kancelarie. W przypadku mojego Klienta już kilka dni po wysłaniu wezwania otrzymałam telefon od jego dłużnika który poinformował mnie, ze już wysyła do Klienta przekaz z wynagrodzeniem, a kolejnym przekazem wyśle również odsetki. Tak też się stało i Klient bez udziału Sądu odzyskał swoje pieniądze. Wielu z nas ma takich dłużników. Chcąc odzyskać pieniądze musimy pamiętać, by działać szybko ze względu na upływające terminy przedawnienia. (o których jeszcze będę pisać w kolejnych postach)


O nakazach zapłaty II, czyli poradnik pozwanego



W moim poprzednim poście pisałam o nakazach zapłaty, czyli wyrokach wydawanych bez rozprawy. Myślę jednak, że przyda się jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Generalnie treść nakazu zapłaty zawsze brzmi tak, że pozwany ma w ciągu dwóch tygodni zapłacić powodowi żądaną kwotę albo w tym terminie wnieść do Sądu sprzeciw (w postępowaniu upominawczym) albo zarzuty (w postępowaniu nakazowym). Czyli, jeśli się zgadzamy, to płacimy od razu, a jeśli się nie zgadzamy to zaskarżamy nakaz do Sądu. Naprawdę po otrzymaniu nakazu powinniśmy dokładnie przemyśleć swoje stanowisko. Brak reakcji może mieć bowiem dla nas bardzo niekorzystne skutki. Zresztą niekorzystne skutki będzie miało również nieodebranie wysłanego do nas nakazu. Wielokrotnie miałam do czynienia z Klientami, którzy ignorowali nakazy zapłaty, czyli wyrzucali, zapominali, nie odbierali, a potem dziwili się, gdy komornik rozpoczynał egzekucję z ich wynagrodzenia.

Co się stanie, jeśli prawidłowo wniesiemy środek zaskarżenia? Jeśli chodzi o postępowanie upominawcze, to nakaz zapłaty straci moc, czyli inaczej mówiąc przestanie istnieć, a Sąd wyznaczy termin rozprawy. Sąd będzie musiał wówczas zapoznać się ze wszystkimi twierdzeniami zawartymi w sprzeciwie, a także z dowodami, które dołączymy. Po przeprowadzeniu rozprawy Sąd wyda wyrok. Z kolei w postępowaniu nakazowym po prawidłowym wniesieniu zarzutów Sąd wyznacza rozprawę. Tutaj również Sąd zapoznaje się ze wszystkimi twierdzeniami pozwanego i dołączonymi dowodami. Następnie po rozprawie Sąd wydaje wyrok, w którym nakaz zapłaty może utrzymać w mocy (jeśli uzna, że roszczenie powoda było zasadne). Jeśli Sąd uzna, że roszczenia powoda były bezpodstawne, to w wyroku uchyli nakaz.

Jeśli chodzi o różnice między sprzeciwem, a zarzutami, to jak wspominałam są to bardzo podobne pisma, jednak istotne jest to, że zarzuty powinniśmy opłacić, natomiast nie ma opłaty od sprzeciwu. Jest to bardzo ważna informacja dla pozwanego. Pozwani z reguły są bardzo zdziwieni, że ktoś ich pozwał, a oni muszą zapłacić, żeby mogli zaskarżyć nakaz, jednak tak zostało to uregulowane w przepisach.

Generalna konkluzja dzisiejszego postu jest taka: Jeśli dostaniemy nakaz zapłaty reagujemy jak najszybciej. Ustalamy swoje stanowisko i szukamy dowodów na potwierdzenie naszych twierdzeń. Jeśli uważamy, że powód nie ma racji, to zaskarżamy nakaz do Sądu. Jeśli uważamy, ze powód ma rację, to płacimy zanim dojdzie do egzekucji komorniczej, ponieważ zawsze wiąże się ona z dodatkowymi kosztami. Oczywiście o komornikach i kosztach komorniczych na pewno jeszcze będę pisać, ponieważ wielu Klientów o to pyta.

W kolejnym poście spróbuję napisać o e-sądzie, czyli chyba obecnie najbardziej kontrowersyjnym Sądzie w Polsce. Zapraszam do czytania.

Nakazy zapłaty, czyli o wyrokach bez rozprawy



Miałam właściwie pisać o e-Sądzie, czyli tak zwanym sądzie elektronicznym, ale pomyślałam, że w ramach wprowadzenia i tak powinnam napisać wcześniej o nakazach zapłaty. Nie będę jak zwykle zaczynać posta od słów "był u mnie ostatnio klient...", bo właściwie z praktyki mogę stwierdzić, że z nakazami zapłaty przychodzi do kancelarii bardzo wielu klientów.

Zasadniczo nakazem zapłaty określić można wyrok, który Sąd wydaje na posiedzeniu niejawnym, czyli bez przeprowadzenia rozprawy. Wiele osób może to zdziwić, ponieważ Klienci uważają często, że zawsze jest tak, że najpierw jest rozprawa; przychodzą strony, odbywają się przesłuchania, a dopiero potem Sąd wydaje wyrok. Jednak nie zawsze tak to wygląda. Często w praktyce jest bowiem tak, że powód składa do Sądu pozew, w którym pisze, że żąda zapłaty jakiejś kwoty od pozwanego. Chodzi tu o różne roszczenia pieniężne, np niezapłacone faktury za telefon, gaz, czy jakiekolwiek inne roszczenia. Do pozwu załączone są dowody i jeśli Sąd uzna, że dowody te są wiarygodne, to wydaje nakaz zapłaty bez przeprowadzenia rozprawy. Generalnie nakazy zapłaty wydaje się w dwóch postępowaniach: w postępowaniu nakazowym oraz postępowaniu upominawczym. Są między nimi pewne różnice, jednak to już będę rozwijać w kolejnych postach. Osobny post poświecę również elektronicznemu postępowaniu upominawczemu.

Jeśli Sąd stwierdzi, że twierdzenia powoda są wystarczająco wiarygodne, to wydaje nakaz, a następnie wysyła go do pozwanego, czyli dłużnika za pomocą poczty. Nakaz doręcza się zawsze za potwierdzeniem odbioru, natomiast jeśli pozwanego nie ma w domu, to listonosz zostawi w skrzynce awizo. Oczywiście z doręczeniami wiąże się wiele problemów praktycznych, które omówię już w innym poście. Teraz skupię się na sytuacji, gdy listonosz doręcza pozwanemu nakaz do rąk własnych. Co w takiej sytuacji należy zrobić? Przede wszystkim nie należy nakazu wyrzucać, bo to na pewno nie skończy się dla nas dobrze. Należy się z nim dokładnie zapoznać. Do nakazu dołączony jest również pozew oraz dowody, na których powód opiera swoje roszczenie. Zawsze otrzymamy również pouczenie na temat tego co powinniśmy dalej zrobić.

Trzeba pamiętać, że na reakcję mamy tylko 2 tygodnie od momentu doręczenia. W tym terminie musimy bowiem odwołać się do sądu, czyli wnieść sprzeciw (w postępowaniu upominawczym) albo zarzuty (w postępowaniu nakazowym). W praktyce nie ma specjalnie różnic między tymi pismami. Powinniśmy w nich wykazać np, że dług został przez nas spłacony albo, że nigdy nie istniał albo np., że jest przedawniony. Oczywiście o przedawnieniu też napiszę w innym poście, bo to bardzo szeroki temat. Jeśli nie wiemy specjalnie o co chodzi albo nie rozumiemy pisma, to skorzystajmy z porady prawnej. Trzeba bowiem pamiętać, ze jeśli otrzymamy z Sądu pismo o nazwie nakaz zapłaty i nie zareagujemy na nie, to nakaz ten się uprawomocni i wierzyciel będzie mógł udać z nim do komornika, który rozpocznie egzekucję. Może się pojawić pytanie o to, co należy zrobić, jeśli z jakiegoś powodu przegapimy termin 2 tygodni i nie odwołamy się od nakazu? Wówczas powinniśmy starać się o przywrócenie terminu, a ten temat już poruszyłam w jednym z poprzednich postów.

Adwokat, a radca prawny, czyli o tym, że radca też występuje przed Sądem



Gdy pracowałam w kancelarii przyszedł do mnie Klient, któremu jakiś czas temu sporządziłam pozew w sprawie z zakresu prawa pracy. Klient otrzymał wezwanie na rozprawę i zjawił się u mnie z pytaniem, czy mogę mu załatwić jakiegoś adwokata do reprezentacji przed Sądem. Klient obawiał się bowiem, że sam nie poradzi sobie z prowadzeniem sprawy. Stwierdziłam, że jak najbardziej nasza Kancelaria współpracuje z adwokatami oraz radcami prawnymi i oczywiście zorganizuję odpowiednią osobę, która specjalizuje się w prawie pracy. Z rozmowy wynikało jednak, że Klient koniecznie chce adwokata, a nie radcę prawnego. Zapytałam dlaczego, bo moim zdaniem znaczenie powinna mieć specjalizacja, a nie sama nazwa zawodu, na co Klient stwierdził, że chodzi o to, że radca nie może występować przed sądem, a adwokat może. Zdziwiło mnie to (na logikę, czemu do reprezentacji miałabym proponować mu kogoś, kto nie mógłby go reprezentować), jednak uznałam, że muszę po prostu wytłumaczyć Klientowi, czym różni się adwokat od radcy prawnego i dlaczego radca też może być jego pełnomocnikiem.

Potem pomyślałam, że może faktycznie wielu osobom występowanie przed Sądem kojarzy się z koniecznością wynajęcia adwokata. Zresztą taka opinia podtrzymywana jest również przez Telewizję. Widzieli kiedyś Państwo w jakimkolwiek serialu, bądź innym programie telewizyjnym, żeby przed Sądem występował radca prawny? Zapewne nie. Dlatego też pomysł na dzisiejszą notkę.

Czym różnią się zatem te dwa zawody?

Kolejna różnica polega na uprawnieniach - adwokat może nas reprezentować we wszystkich sprawach, natomiast radca prawny nie może występować w charakterze obrońcy w postępowaniu karnym i w postępowaniu w sprawach o przestępstwa skarbowe. Co to oznacza? Oczywiście to, że radca prawny może nas reprezentować w sprawach cywilnych, we wszelkich sprawach dotyczących np. prawa pracy, czy prawa rodzinnego. Może być również naszym pełnomocnikiem, jeśli jesteśmy pokrzywdzonymi w sprawie karnej. Nie może nas jedynie bronić. Nie da się ukryć, że w praktyce mamy znacznie większą szansę znaleźć się w Sądzie  w związku ze sprawą cywilną niż karną. Praktycznie każdy może np. zostać spadkobiercą, czy też stracić pracę w sposób niezgodny z prawem, bądź też wystąpić o rozwód, a tylko nieliczni zostaną oskarżeni o popełnienie przestępstwa.

Ostatecznie przekonałam Klienta, ze radca prawny jak najbardziej może być jego pełnomocnikiem w Sądzie Pracy. Jak już pisałam liczy się przede wszystkim specjalizacja, a wielu radców specjalizuje się w właśnie w takich sprawach.

Jest jeszcze jedna różnica między radcami prawnymi, a adwokatami, jednak nie ma ona znaczenia z punktu widzenia klientów indywidualnych. Mianowicie radca prawny może być zatrudniony na podstawie umowy o pracę, natomiast adwokat nie może podjąć zatrudnienia w takiej formie. Dlatego radcowie prawni pracują czasem w różnego rodzaju spółkach, czy urzędach.

Mam nadzieję, że ten post wpłynie na zwiększenie świadomości dotyczącej tych dwóch zawodów. Oczywiście nie był to koniec obaw Klienta związanych ze sprawą. Obawy  dotyczą przede wszystkim wyniku sprawy, ale również tego, jak zachowywać się podczas rozprawy sądowej. Myślę, że ten problem też na pewno poruszę w którymś z kolejnych postów.

Kiedy prawnik może się przydać, czyli o skłóconych sąsiadkach



Zasadniczo Polacy korzystają z usług prawnych tylko w ostateczności. Wynika to zapewne z ceny usług (choć w praktyce ceny te są często znacznie niższe niż mogą Państwo sądzić). Ponadto często wiele osób nie wie właściwie do czego taki prawnik może im się przydać. Ale po kolei:

Były dwie sąsiadki. Dawno temu jedna pożyczała drugiej pieniądze. Różne kwoty, część na podstawie ustnych umów, część na podstawie umów pisemnych, ale bardzo niejasno sformułowanych. Mowa była o odsetkach, zastawach, nagrodach. Ostatecznie okazało się, że strony podczas pożyczania inaczej postrzegały wiele kwestii i teraz po latach powstał konflikt  dotyczący tego kto i co ma oddać. Strony wzajemnie grożą sobie sądem, ale właściwie żadna tak naprawdę tego sądu nie chce, bo nie jest świadoma, czy w ogóle miałaby jakieś szanse. Poza tym procesy są długotrwałe i kosztowne. Nie mówiąc o fakcie, że kontakt z wymiarem sprawiedliwości dla wielu może być źródłem dużego stresu.

Jedna z sąsiadek przyszła do mnie załamana prosząc o znalezienie rozwiązania tej trudnej sytuacji. Na początku przeanalizowałam umowy, porozmawiałam z obiema stronami, próbując ustalić ich stanowiska co do każdej kwestii, wyliczyłam odsetki i na tej podstawie sporządziłam pisemną ugodę dotyczącą wszystkich spornych problemów. Jak się okazało stanowiska stron nie były od siebie aż tak odległe, jak wcześniej myślały i udało się znaleźć kompromis, który naprawdę zadowala obie strony. Przynajmniej tak twierdzą.

Co wynika z powyższego? Przede wszystkim to, że czasami rozwiązanie pewnych problemów może być prostsze niż nam się wydaje, jeśli ktoś spojrzy na nie w obiektywny sposób. Poza tym to, że wszystkie ustalenia dotyczące rozliczeń gotówkowych warto mieć na piśmie, ale przedstawione w sposób jasny i zrozumiały dla obu stron. No i oczywiście to, że czasem usługi prawne mogą się okazać przydatne. Piszę o tym, bo takie zadawnione konflikty ma wielu z nas. Nie warto odkładać ich rozwiązania, bo może się ono okazać znacznie prostsze niż myślimy.

Z Kodeksem Karnym przez Prawo Agaty, czyli o nieumyślnym spowodowaniu śmierci



Dziś obiecany kolejny post z cyklu "z Kodeksem Karnym przez Prawo Agaty", jak sobie nieformalnie nazywam te posty które omawiają przestępstwa ukazywane w serialu. W ostatnim obejrzanym przeze mnie odcinku mamy do czynienia z alpinistą, który zostaje oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci przyjaciela podczas wyprawy wysokogórskej. Z nieznanych mi powodów gdzieś w połowie odcinka ta kwalifikacja zostaje zmieniona na zabójstwo, jednakże dziś zajmę się tylko tym pierwszym przestępstwem, ponieważ o zabójstwach napisano już bardzo wiele, a czytając przekazy medialne można dojść do wniosku, że to w ogóle jedno z najpopularniejszych przestępstw popełnianych w kraju i za granicą.

Generalnie sięgnąć trzeba do art. 155 kk. zgodnie z którym kto nieumyślnie powoduje śmierć człowieka, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Przepis ten jest krótki i wydaje się jasny, ale czy tak jest w istocie?  Rozumiemy, że sprawca nieumyślnie powoduje śmierć człowieka, ale trzeba sobie zdawać sprawe, że ta nieumyślność dotyczy tylko samego skutku, jakim jest śmierć człowieka, a nie całościowego działania sprawcy. 

Rzadko zdarzają się sytuacje, gdy ktoś zabija człowieka całkowicie przypadkowo, znacznie częściej mamy do czynienia ze stanami faktycznymi w których sprawca narusza nietykalność ciała pokrzywdzonego (np poprzez uderzenie) z zamiarem wywołania u niego jakichś dolegliwości (np. bólu), za to bez zamiaru spowodowania śmierci.  Zapoznajmy się np. z sentencją wyroku Sądu Apelacyjnego w Katowicach, w myśl którego: "Oskarżony, uderzając kobietę pięścią w bok szyi, w okolice zatoki tętnicy szyjnej, splotu szyjnego, w konsekwencji czego doszło do tzw. odruchu zatoki szyjnej, który doprowadził do zatrzymania akcji serca i w rezultacie do zgonu pokrzywdzonej, możliwość nastąpienia skutku śmiertelnego przewidywał albo mógł przewidzieć. W okolicach tych znajdują się bowiem bardzo liczne zakończenia nerwowe zaopatrzone we włókna naczyniowe nerwu błędnego i nerwu współczulnego i sam ucisk na te miejsca podziału tętnic może wywołać wspomniany wyżej odruch. W związku z powyższym odpowiada on za umyślne spowodowanie obrażeń z art. 157 § 2 k.k. i nieumyślne spowodowanie śmierci z art. 155 k.k. w zw. z 11 § 2  k.k.". 

Jak widać w powyższym wyroku sprawca zamierzał prawdopodobnie po prostu pobić lub nawet jednorazowo uderzyć swoją ofiarę i nie spodziewał się jej śmierci. Mimo to Sąd uznał, że zadając takiego rodzaju ciosy powinien przewidzieć związane z nimi ryzyko jej śmierci, dlatego też zakwalifikował działanie sprawcy jako nieumyślne spowodowanie śmierci. Dodatkowo Sąd stwierdził tutaj, że takie działanie można też zakwalifikować jako przestępstwo z art. 157 § 2 k.k., ale na temat tego art. napiszę tutaj kiedy indziej. Z kolei art. 11 § 2  k.k.". wskazuje po prostu na sytuację, gdy jeden czyn można dopasować do dwóch lub większej liczby przepisów Kodeksu Karnego.

Jeśli chodzi o przypadek ukazany w serialu, to moim zdaniem od początku nic specjalnie nie wskazywało na fakt, iż było to coś więcej niż nieszczęśliwy wypadek, a ta nagła zmiana kwalifikacji na zabójstwo już całkowicie wytrąciła mnie z równowagi. Na plus odcinka warto zapisać, że tym razem realizatorzy prawidłowo ukazali rolę oskarżyciela posiłkowego, którym była żona zmarłego pokrzywdzonego. Mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy oskarżyciel posiłkowy odstąpiła od oskarżenia, co nie wiązało oskarżyciela publicznego (prokuratora), który oskarżenie podtrzymał. Było to jak najbardziej uprawnione.

Winny, niewinny - refleksje po II odcinku "Prawa Agaty"



Obejrzałam w końcu wczoraj drugi odcinek trzeciego sezonu serialu "Prawo Agaty". Obejrzałam i mam mieszane uczucia, dlatego, że to już drugi odcinek, w którym rola obrońcy sprowadzona jest właściwie do obrony całkowicie niewinnego klienta i wykazywania, że nie popełnił on zarzucanego mu czynu. Taki sposób ujęcia tematu może sprawić, iż widzowie uznają, że sąd w sprawach karnych rozstrzyga jedynie, czy oskarżony popełnił zarzucany mu czyn, czy też nie. Jest to stanowczo zbyt płaskie postrzeganie roli zarówno sędziego, jak i obrońcy. Dlaczego? Dlatego, że ogromna większość osób, przeciwko którym oskarżyciel publiczny kieruje do sądu akt oskarżenia w rzeczywistości popełniła zarzucane im czyny. (podkreślam rolę oskarżyciela publicznego, czyli głównie prokuratora, ponieważ istnieją również prywatne akty oskarżenia i tutaj sytuacja jest często zupełnie inna, ale o nich napiszę kiedy indziej, bo to ciekawy temat i możliwe, że wiele osób o tym nie słyszało). Jaka jest zatem rola obrońcy, jeśli nie jest nią jedynie wyszukiwanie dowodów na to, że oskarżony nie popełnił zarzucanego mu czynu? 

Obrońca zajmuje się między innymi podnoszeniem przed sądem wszelkich okoliczności, które mogą korzystnie wpłynąć na wymiar kary. Weźmy przykładowo art. 53 kodeksu karnego. Jest to przepis napisany bardzo prostym językiem, więc pozwolę sobie zacytować go w całości:
Art. 53. § 1. Sąd wymierza karę według swojego uznania, w granicach przewidzianych przez ustawę, bacząc, by jej dolegliwość nie przekraczała stopnia winy, uwzględniając stopień społecznej szkodliwości czynu oraz biorąc pod uwagę cele zapobiegawcze i wychowawcze, które ma osiągnąć w stosunku do skazanego, a także potrzeby w zakresie kształtowania świadomości prawnej społeczeństwa.
§ 2. Wymierzając karę, sąd uwzględnia w szczególności motywację i sposób zachowania się sprawcy, popełnienie przestępstwa wspólnie z nieletnim, rodzaj i stopień naruszenia ciążących na sprawcy obowiązków, rodzaj i rozmiar ujemnych następstw przestępstwa, właściwości i warunki osobiste sprawcy, sposób życia przed popełnieniem przestępstwa i zachowanie się po jego popełnieniu, a zwłaszcza staranie o naprawienie szkody lub zadośćuczynienie w innej formie społecznemu poczuciu sprawiedliwości, a także zachowanie się pokrzywdzonego.
§ 3. Wymierzając karę sąd bierze także pod uwagę pozytywne wyniki przeprowadzonej mediacji pomiędzy pokrzywdzonym a sprawcą albo ugodę pomiędzy nimi osiągniętą w postępowaniu przed sądem lub prokuratorem.

Przepis ten zawiera tak zwane dyrektywy wymiaru kary, czyli okoliczności które sąd powinien wziąć pod uwagę przy wymierzaniu kary. Rolą obrońcy jest zatem zwrócenie uwagi sądu na wszystkie wymienione wyżej czynniki, które w konkretnym przypadku mogą działać na korzyść oskarżonego. Oczywiście o każdej z tych dyrektyw można wiele napisać, można znaleźć również dotyczące ich ciekawe orzeczenia Sądu Najwyższego. W kolejnych notkach spróbuję rozwinąć te rozważania. Jutro postaram się też przedstawić przestępstwo nieumyślnego spowodowania śmierci, któremu poświęcony był ostatni odcinek serialu "Prawo Agaty".

Zastanawiałam się również ostatnio jakie inne filmy oraz seriale dotyczące prawa i prawników byłyby warte przeanalizowania. Jeśli mają Państwo jakieś propozycje, to proszę podawać je w komentarzach.

Jak znaleźć przedsiębiorcę w internecie?



Dzisiejszy wpis będzie wpisem typowo praktycznym, pozbawionym jakichkolwiek głębszych rozważań natury prawniczej, jednak myślę, że paru osobom może się po prostu przydać. W ostatnim czasie kilkakrotnie do różnych celów musiałam znaleźć w Internecie informacje dotyczące konkretnych przedsiębiorców. Myślę, że niewiele osób wie o tym, jak łatwo jest obecnie pozyskać takie dane. Dzięki Internetowi są one dostępne dla każdego bez żadnych opłat oraz konieczności wychodzenia z domu.

Ale od początku: Przede wszystkim musimy rozróżnić dwa rodzaje podmiotów - osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą oraz osoby prawne, czyli spółki. Jeśli chodzi o osoby fizyczne, to od 2011 r. funkcjonuje Centralna Ewidencja Działalności Gospodarczej dostępna pod adresem https://prod.ceidg.gov.pl/CEIDG/CEIDG.Public.UI/Search.aspx - Wystarczy, że znamy np. imię i nazwisko osoby prowadzącej działalność, a dzięki stronie dowiemy się między innymi kiedy zaczęła ją prowadzić, w jakich branżach działa, jaki jest główny adres prowadzenia działalności.

Dostęp do informacji o osobach prawnych również jest obecnie bardzo łatwy - od lipca 2012 r. możemy pobrać odpis z KRS za darmo ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości https://ems.ms.gov.pl/krs/wyszukiwaniepodmiotu?t:lb=t . W tym wypadku również wystarczy, że znamy jedynie nazwę przedsiębiorstwa, a dzięki stronie poznamy np. wszystkie adresy jego oddziałów, imiona i nazwiska wspólników, dowiemy się też ile wynosi kapitał zakładowy. 

Część z Państwa może się zastanowić do czego jest przydatna tak wiedza. Oczywiście jednym z powodów może być zwykła ciekawość, ale ma to również oczywiście wiele praktycznych zastosowań, np. jeśli chcemy pozwać do sądu osobę prawną (np. spółkę z o.o.), to musimy znać aktualny adres jej siedziby, a tego dowiemy się właśnie z KRS. Jedynym utrudnieniem w korzystaniu z obu stron jest każdorazowa konieczność przepisania kodu z obrazka, a niestety nie zawsze są one wystarczająco wyraźne. Warto wiedzieć, że wpisy można również w łatwy sposób wydrukować.

Wiek uprawniający o zawarcia małżeństwa, czyli długa historia jednego przepisu



Pomysł na dzisiejszą notkę powstał właściwie dlatego, że ktoś wczoraj zapytał mnie jaki wiek wymagany jest w Polsce do zawarcia małżeństwa. Początkowo uznałam, że kwestia jest banalna, jednak później przyjrzałam się temu bliżej i myślę, że uregulowania dotyczące tej kwestii mogą stanowić ciekawy przykład obrazujący jak nieraz często zmienia się prawo. Idąc zatem od początku: 

Według wydanego zaraz po wojnie dekretu Prawo Małżeńskie z 1945 r. małżeństwo mogli zawrzeć mężczyzna i kobieta, którzy ukończyli 18 lat. Następnie przepisy tego dekretu zostały zastąpione przez Kodeks rodzinny z 1950 r., który utrzymywał granicę wieku 18 lat wymaganą do zawarcia małżeństwa,  jednak przewidywał możliwość udzielenia, lecz tylko z ważnych powodów, zezwolenia na zawarcie małżeństwa osobie, która ukończyła lat 16. Takie zezwolenie mogło być zatem wówczas udzielone zarówno mężczyźnie, jak i kobiecie.

Następnie wszedł w życie Kodeks rodzinny i opiekuńczy z 1964 r., który obowiązuje zresztą do dnia dzisiejszego. Początkowo Kodeks ten podwyższył granicę wieku uprawniającego do zawarcia małżeństwa dla mężczyzn do 21 lat, dla kobiet nadal utrzymując granicę wieku 18 lat.  Dodatkowo istniała możliwość udzielenia zezwolenia na zawarcie małżeństwa przez mężczyznę, który nie ukończył 21 lat, i kobietę, która nie ukończyła 18 lat - Mężczyzna w takiej sytuacji mógł zawrzeć małżeństwo już po ukończeniu 18 lat, a kobieta po ukończeniu 16 lat. Takie uregulowanie stwarzało jednak nierówność między płciami i było powszechnie krytykowane. 

Dlatego też w  1998 r. dokonano nowelizacji tego przepisu i od tego czasu wiek uprawniający do zawarcia małżeństwa jest identyczny zarówno w stosunku do kobiet, jak i mężczyzn, i wynosi osiemnaście lat. Nadal istnieje możliwość udzielenia zezwolenia na wcześniejsze zawarcie małżeństwa, ale:
- tylko kobiecie, która ukończyła szesnaście lat, a ponadto:
- gdy istnieją ważne powody,
- a z okoliczności wynika, że zawarcie małżeństwa będzie zgodne z dobrem założonej rodziny 
 Jeśli chodzi o ważne powody, które pozwalają uzyskać takie zezwolenie, to uznaje się, że takim powodem jest przede wszystkim zajście kobiety w ciążę. Oczywiście to nie wystarczy do uzyskania zezwolenia, ponieważ sąd zawsze musi brać pod uwagę dobro rodziny, a zatem np. ustalić, czy przyszli małżonkowie są wystarczająco dojrzali do zawarcia małżeństwa i czy nie przyniesie ono szkody im lub dziecku.

Podatki, czyli w gąszczu przepisów



Jak zwykle zastanawiam się, jaki temat podjąć. Wiem, że moja ostatnia notka mogłaby stanowić przyczynek do kilku następnych i cały czas pamiętam o tych tematach, ale dzisiejszy wpis będzie z innej beczki. Mamy obecnie marzec, trwa już czas rozliczeń z urzędem skarbowym. Pisałam do tej pory o różnych dziedzinach prawa, jednak zauważyłam, ze nigdy nie było tu jeszcze nic o prawie podatkowym.

Zasadniczo prawo podatkowe można opisać jako jedną z najtrudniejszych i najbardziej dynamicznych dziedzin prawa. (według niektórych osób też jako jedną z najbardziej znienawidzonych). Zatem dziś jedynie krótki wstęp, który z pewnością jeszcze rozwinę. Wszyscy wiemy, że podatki trzeba płacić, a gdyby ktokolwiek miał jakieś wątpliwości, to wystarczy, że sięgnie do art. 84 Konstytucji zgodnie z którym Każdy jest obowiązany do ponoszenia ciężarów i świadczeń publicznych, w tym podatków, określonych w ustawie. Oczywiście mogliby Państwo zapytać o jaką ustawę tutaj chodzi. Wyjaśniam, iż ustawodawca nie miał w tym miejscu na myśli jednej konkretnej ustawy, tylko generalne założenie, ze podatki to sprawa tak istotna, że obowiązek ich zapłaty musi wynikać z ustawy, a nie z jakiegoś aktu niższego rzędu np. rozporządzenia. Inaczej mówiąc, jeśli państwo życzy sobie, żebyśmy płacili podatki, to musi nałożyć ten obowiązek w drodze ustawy. Przykładami mogą być ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych albo ustawa o podatku od spadków i darowizn. Są to tak zwane ustawy podatkowe. Każda taka ustawa określa między innymi podmiot podatku (czyli kto ma go płacić), przedmiot podatku (od czego ten podatek płacimy), stawki podatkowe i inne istotne kwestie dotyczące konkretnego podatku. Oczywiście to nie wszystko, ponieważ oprócz tych szczególnych ustaw mamy jeszcze ordynację podatkową. Ustawę tę możemy określić jako część ogólną prawa podatkowego. Można w niej znaleźć np. definicję podatku, normuje ona postępowanie podatkowe, kontrolę podatkową i wiele innych istotnych rzeczy. Jeszcze dodam na marginesie, ze dla mocy prawnej ustawy nie ma znaczenia, czy nazywa się ona ustawą, ordynacją, czy np kodeksem. Obecnie obowiązująca Ordynacja Podatkowa z 1997 r. jest drugą polską ustawą noszącą tę nazwę. Pierwsza pochodziła z 1934 r. i była podobno bardzo dobrze napisaną ustawą. (istotne, bo ta obecna jest już znacznie mniej doskonała pod względem legislacyjnym)

Powoli robi się coraz trudniej, więc dodam tylko na koniec, ze prawo podatkowe, to nie tylko te ustawy, ale również postanowienia ratyfikowanych przez Polskę umów o unikaniu podwójnego opodatkowania (bardzo istotne np. dla osób pracujących za granicą) oraz ratyfikowanych przez Polskę innych umów międzynarodowych dotyczących problematyki podatkowej, a także przepisy aktów wykonawczych (czyli rozporządzeń) wydanych na podstawie ustaw podatkowych.


Z Prawa Agaty, czyli o przemocy w rodzinie



Witam Państwa w poniedziałek po weekendzie, w czasie którego miałam w końcu czas na nadrobienie telewizyjnych zaległości. Jak już wcześniej pisałam zdarza mi się bardzo często oglądać wyświetlany przez TVN serial Prawo Agaty. W niedzielę miałam okazję obejrzeć I odcinek III sezonu, w którym Magdalena Cielecka wcieliła się w postać znanej dziennikarki oskarżonej o znęcanie się nad dzieckiem. Odcinek ten może stanowić ciekawy przyczynek do zagłębienia się w przepisy dotyczące problemu przemocy w rodzinie. Problem to bardzo istotny i właściwie nie ma nieodpowiedniej okazji do zajmowania się nim. 

Aczkolwiek najpierw kilka słów wyjaśnienia. Ten wpis stanowi jedynie kilka luźnych uwag do serialowej rzeczywistości. Wiadomo, że telewizja operuje różnego rodzaju skrótami i niedomówieniami, nie wiemy co było w serialowym akcie oskarżenia, jakie dowody faktycznie zostały przeprowadzone, dlatego te uwagi to jedynie luźne refleksje, które być może jednak pozwolą komuś lepiej zrozumieć ten odcinek.

Jako, że najlepiej zacząć od początku, to zacznę od wskazania o jakie przestępstwo była oskarżona bohaterka. W ciągu całego odcinka mowa jest o znęcaniu się, co świadczy o tym, iż chodziło o przestępstwo z art. 207 Kodeksu Karnego. Zgodnie z § 1 tego przepisu kto znęca się fizycznie lub psychicznie nad osobą najbliższą lub nad inną osobą pozostającą w stałym lub przemijającym stosunku zależności od sprawcy albo nad małoletnim lub osobą nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. 
Co istotne § 2 mówi, iż jeżeli czyn określony w § 1 połączony jest ze stosowaniem szczególnego okrucieństwa, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10. 
Natomiast § 3 wskazuje, iż jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 lub 2 jest targnięcie się pokrzywdzonego na własne życie, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.

W naszym serialu chodziło najprawdopodobniej o § 1 tego przepisu, ponieważ nie wspominano o szczególnym okrucieństwie, ani tym bardziej o próbach targnięcia się dziecka na własne życie. Dziewczynka była dla matki oczywiście osobą najbliższą, a także osobą małoletnią. (w którejś z kolejnych notek pozwolę sobie wyjaśnić te pojęcia, gdyż nie jest to takie proste jak się wydaje, np. nie każdy wie, czym różni się osoba małoletnia od nieletniego). Wiemy już co mówi Kodeks Karny, teraz sprawdźmy a co mówił na temat tego przestępstwa Sąd Najwyższy. W jednej z uchwał SN przyjął, iż: "Ustawowe określenie "znęca się" oznacza działanie albo zaniechanie, polegające na umyślnym zadawaniu bólu fizycznego lub dotkliwych cierpień moralnych, powtarzającym się w czasie albo jednorazowym, lecz intensywnym i rozciągniętym w czasie". Natomiast w innym nowszym uzasadnieniu SN uznał, że "znamię czasownikowe "znęca się" oznacza, iż występek ten najczęściej jest realizowany przez wielokrotne zamachy (chociaż w sytuacji wyjątkowej wystarczy jednorazowy zamach)". Chodzi zatem o działania stale powtarzające się, a tylko w bardzo wyjątkowych przypadkach o działanie jednorazowe.

Zasadniczo warto zauważyć, ze w serialu oskarżenie oparte było na bardzo kruchych podstawach; jedynym dowodem na niekorzyść oskarżonej był właściwie dowód z zeznań świadka, który twierdził, że widział w praktyce jedynie jedną sytuację, w której doszło do przemocy. Wskazano, że opinia biegłego psychologa, podobnie jak dowód z badania lekarskiego nie wykazały, by nad małoletnią ktoś się znęcał. Oczywiście można tylko domniemywać, co znajdowało się w serialowym akcie oskarżenia, ale wydaje się, ze oskarżenie oparte było na bardzo słabych podstawach i prawidłowo bohaterka została uniewinniona. Oczywiście nie oznacza to, że świadków zawsze musi być więcej, ani też, ze w ogóle musi być jakikolwiek świadek. Wszystko bowiem zależy od okoliczności konkretnej sprawy.

Na koniec jeszcze kilka spostrzeżeń o przemocy w rodzinie, warto wiedzieć, że zgodnie z Kodeksem Rodzinnym i Opiekuńczym osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych. Jest to świeży przepis, nowelizacja weszła bowiem w życie dopiero w 2010 r. Ponadto od 2005 r. obowiązuje w naszym kraju ustawa z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, którą na pewno zajmę się bardziej szczegółowo w którymś z kolejnych postów.

Opowiem jeszcze o jednej rzeczy, która mnie zdziwiła w odcinku. Mianowicie zastanawiałam się dlaczego opiekunka dziecka cały czas siedziała podczas rozprawy obok prokuratora. Takie usadowienie wskazywałoby, że jest ona w procesie stroną, a nie tylko świadkiem. Myślę, ze to błąd twórców odcinka, ponieważ na pewno nie była ona oskarżycielem posiłkowym. Dlaczego? Dlatego, że w sprawach ściganych z oskarżenia publicznego obok oskarżyciela publicznego (w tej sprawie prokuratora) jako oskarżyciel posiłkowy działać może jedynie pokrzywdzony, a np. w przypadku jego śmierci osoby najbliższe. Natomiast twórcy odcinka zdają się sugerować, iż opiekunka w jakiś sposób reprezentowała oskarżenie, co wydaje się nie mieć żadnego oparcia w przepisach.